imię i nazwisko*
e-mail*
nazwa kina i miejscowość*
filmy(linki)
zdjęcia(zaznacz kilka)
artykuły(zaznacz kilka)
wpisz sumę 2 i 2*
Wyślij
nadesłane |

Chacun son cinéma

13-06-14
Trójwymiarowa wiedźma, odgłos otwieranych puszek i orzeszek, który utkwił w uchu kolegi... W ramach akcji „Kino Warszawa” w sentymentalną podróż zabiera nas Radosław Surowiec.
Trójwymiarowa wiedźma, odgłos otwieranych puszek i orzeszek, który utkwił w uchu kolegi... W ramach akcji „Kino Warszawa” w sentymentalną podróż zabiera nas Radosław Surowiec.


Oglądałem sobie niedawno stare zdjęcia kin w Narodowym Archiwum Cyfrowym, co spowodowało moje tęskne spojrzenie w przeszłość. Ta funkcja uruchamia się u mnie nad wyraz łatwo.

Przypomniało mi się pierwsze kino, do którego uczęszczałem - W-Z przy ulicy Leszno, niedaleko wolskiego Pedetu. Prowadzany tam byłem na poranki, czyli o ile mnie pamięć nie myli, animacje rysunkowe i kukiełkowe z krajów bloku wschodniego. Cieszyć się też można było „rozpasanymi” wersjami dobranocek znanych z telewizji. Dodatkowo, obok kina mieściła się restauracja/bar Wenecja, gdzie serwowano znakomite paszteciki. Ubóstwiałem je.

Sam budynek kina powstał w latach 1949-50 i został zaprojektowany przez Mieczysława Pipreka, człowieka który obmyślił też inne, bardzo podobne architektonicznie kina w Warszawie: Ochota i Stolica (dziś Iluzjon).

W-Z dokonało swego żywota w roku 1991. W jego wnętrzach zorganizowano potem muzyczny klub Fugazi, w którym to podczas słynnego koncertu Paradise Lost w roku następnym, ktoś rozpylił gaz łzawiący i był to pewnie najkrótszy koncert tego zespołu. Budynek kina zburzono w 2010 r.


Jak z przygód Mikołajka

Nie pomnę niestety nazw tych wszystkich kin, do których chodziło się podczas wakacyjnych wojaży, czy to na koloniach, czy też wczasach z rodzicami. Nie pamiętam nazwy kina w Różanie, gdzie oglądaliśmy „Elektronicznego mordercę”, ani w Międzyzdrojach, gdzie zabijał czerwony Plymouth w „Christine” Carpentera, ani kina w Maciejowicach, gdzie nasze chłopięce żądze wzmagała z ekranu Figura w „Pierścieniu i róży”, ani tego w Serocku, gdzie obejrzałem „Supermana” i tak byłem nim zafascynowany, że biegałem z wyciągniętymi rękoma nieopodal Jeziora Zegrzyńskiego i marzyłem o pokonaniu Paskudy, naszego lokalnego stwora pokroju tego z Loch Ness. Starsi kojarzą.

Pamiętam za to pierwsze „dorosłe” seanse w Warszawie. Nie radziłem sobie jeszcze z szybko zmieniającymi się napisami, więc czytał mi je ojciec. Zdaje się, że kina były wtedy pełne takich kiepsko czytających dzieciaków i ich prywatnych lektorów. Sceny jak z przygód Mikołajka. Pamiętam sapanie Vadera w „Gwiezdnych wojnach” w kinie Relax czy ciasteczka z kruszonką „Indiany Jonesa” w kinie Kultura. Mam nadzieję, że znajdujący się za tym kinem malutki Rejs, nadal funkcjonuje.

Co ma ucho do orzeszka

Kinem, które pokochałem i kocham po dziś dzień jest Muranów, niedaleko którego mieszkałem przez całe lata osiemdziesiąte. Pokochałem je mimo to, że nie wpuszczono mnie tam kiedyś na seans. Chodziło o „CK Dezerterów”, a było to w 1985 roku. Nie pamiętam w jakiej kategorii wiekowej umieścili ten film (od lat 12/15/18), ale z moimi dziewięcioma latami nie załapałem się na żadną z nich. Podobnie zresztą jak z wyżej wspomnianym filmem „Christine”.

Obejrzałem tam za to dziesiątki innych filmów. Chodziło się „prywatnie”, np. na „Nieśmiertelnego”, „Kopalnie króla Salomona” czy „Willow”. Chodziło się też „służbowo” z klasą z podstawówki, żeby np. kolektywnie trząść się strachu przy słynnej scenie marszu wilków z muzyką TSA w tle w „Akademii Pana Kleksa”.

Pamiętam naszą niechęć, kiedy dziewczyny wraz wychowawczynią przegłosowały, że pójdziemy na „Wirujący seks”. Poszliśmy… Na szczęście nasza klasa miała też przyjemność udać się tam np. na pierwszego, nowożytnego „Batmana”. Tego autorstwa Burtona. To był już chyba rok 1989, powiew wolności. Kupiliśmy sobie z chłopakami napój gazowany Canada Dry i gdy w sali było już ciemno, napawaliśmy się odgłosem otwieranych puszek.

Dach kina Muranów to taras ze schodami, połączony z bramą skierowaną na muranowskie podwórka. W „Białym” Kieślowskiego, Zamachowski zatrudnia się jako ochroniarz na bazarku, który znajdował się właśnie w tym miejscu. Kto wie czy tam właśnie nie kupiliśmy naszych zamorskich napojów. Seans „Batmana” pamiętam także dlatego, że w jego czasie w uchu kolegi utkwił …orzeszek ziemny. Chyba nie obyło się bez interwencji szkolnej pielęgniarki.

Zamiast kinowych foteli

Skoro już przy szkolnych delegacjach się zatrzymałem, to trzeba wspomnieć o kinie Oka (potem Capitol), gdzie sto lat przed Imaxami oglądało się filmy trójwymiarowe. Radzieckie, bo radzieckie, ale trójwymiarowe. Pamiętam jeden z nich, w którym wiedźma przyrządzała nad wielkim kotłem jakąś miksturę, a jej ogromna łycha krążyła tuż przed nosami widzów.

Moi koledzy z pierwszych klas podstawówki zapewne jak przez mgłę pamiętają też, że chodziliśmy na filmy do Młodzieżowego Domu Kultury „Muranów”.

Przełom lat 80. i 90. to niezbyt szczęśliwy czas dla kin. Powszechność Video Home System spowodowała, że panowały w nich pustki. Pojawiały się pierwsze jaskółki, które miały zmienić tę sytuację. Kino Femina, bodaj najstarsze do dziś działające kino w Warszawie, zamieniło się w pierwszy w tym mieście multipleks. Swoją drogą, to kino ma ciekawą historię. Zbudowano je w latach 1936-1938. W czasie wojny służyło jako rewia dla niemieckich oficerów, a gdy wydzielono getto, była tam sala koncertowa dla jego mieszkańców. A teraz? Czyżby zamiast foteli kinowych wstawią tam lady i lodówki sklepowe?

Niemniej nigdy jakoś nie ujmował mnie klimat tego miejsca, podobnie jak np. kina Atlantic, w którym nie zapomnę przedłużającego się dla mnie w nieskończoność seansu „Braveheart”. Nie dlatego, że film mnie nużył. Wręcz przeciwnie. Po prostu nie chciałem stracić ani minuty, mimo iż odczuwałem silną potrzebę udać się do toalety.

Noc Marchewek

Stopniowo w Warszawie zaczynało się pojawiać coraz więcej kin. Chodziło się do Paradiso w Pałacu Przebendowskich, do Agrafki w Pałacu Lubomirskich. W tym ostatnim było chyba najmniej miejsca na nogi spośród kin odwiedzonych przeze mnie w życiu!

Tak się złożyło, że w np. Lunie zawsze oglądałem premiery filmów Tarantino i Rodrigueza. Chadzałem tam najczęściej na przeglądy i festiwale w rodzaju OFF/ON czy Lata Filmów. Ba, kiedyś odbywały się tam seanse Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podobnie jak w nieistniejącym już kinie Skarpa (wyremontowany neon tego kina świeci od czasu do czasu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej) czy także historycznym już kinie Bajka.

Szczególnie miło wspominam działające w połowie lat 90. kino Foksal, gdzie poznawałem filmy Jarmuscha. Poszedłem wtedy na „Noc na Ziemi” dla Winony Ryder i wsiąkłem. Co z tego, że siedziało się na zwykłych krzesełkach, podczas gdy filmy i publika były wspaniałe!

Potem nastał czas mcdonaldyzacji kin. Jak grzyby po deszczu w różnych częściach miasta pojawiały się multipleksy sieciówek. Całe szczęście wśród nich znalazła się także Kinoteka. Lubię do niej zaglądać, choć zimą często gubię w niej czapki.

Z kolei w czasach, gdy z pracy dostawałem jeszcze darmowe karnety do Silver Screen, uwielbiałem pojawiać się tam w sobotnie poranki. Najbliżej miałem do Europleksu, który powstał na rozsławionej ze zdjęcia Niedenthala Moskwie przy Puławskiej (zupełnie nie pamiętam seansów tam, mimo że znów - mieszkałem obok!).

Karnet do Silver Screen nie obowiązywał na sale Platinium, ale jako, że nie nadążano przenieść taśm do innych sal z poprzedniego dnia, pozwalano mi się pławić w luksusie skórzanych, obszernych foteli, a przede wszystkim bycia w sali jedynym widzem. Co wcale nie jest takie oczywiste gdzie indziej. Np. w Wiśle przy placu Wilsona musiałem kiedyś czekać, aż zbierze się pięć osób. Wtedy uruchamiali projektor. Przy okazji, mają w tym kinie miłe, dwuosobowe kanapy, gdzie żadna decha nie ogranicza kontaktu z osobą, z którą się przyszło.

Są też kina, które kojarzą mi się z pokazami, które sam organizowałem, jak KINO.LAB w CSW albo Alchemia i Etnokino (obecnie Antropos). Zapewne nie było by moich przeglądów animacji estońskiej, gdybym sam dwanaście czy trzynaście lat temu nie obejrzał „Nocy Marchewek” Pärna w Warsie przy Rynku Nowego Miasta. Może gdyby Bace udało się obejrzeć w nim „Wetherby”, nie postąpiłby tak okrutnie z taksówkarzem w „Krótkim filmie o zabijaniu.”

O, w Iluzjonie jest teraz przegląd filmów z Anną Kariną. Idę.

Radosław Surowiec



Trwa akcja „Kino Warszawa”. Jeśli chcesz podzielić się swoimi wspomnieniami, spostrzeżeniami odnośnie małych kin w Warszawie lub masz zdjęcia, które chcesz pokazać innymi, napisz do nas!


Paradiso, Warszawa
Warszawa
Al Solidarności 62
Kino działało w Pałacu Przebendowskich
(Muzeum Niepodległości) w latach 2001-2009
Status:

„W małym kinie”

To niezależny projekt Fundacji Obserwatorium skupiony wokół kin tradycyjnych.

Od pięciu lat diagnozujemy sytuację kin (raporty z badań w małych miastach i dużych miastach) i festiwali filmowych (w trakcie), zgłębiamy i upowszechniamy historię (festiwal Kino Warszawa Fest), a także budujemy międzynarodową sieć wymiany doświadczeń (Small cinema for learning community). Przede wszystkim jednak dokumentujemy. Zachęcamy do zapoznania się naszym zbiorem zdjęć, filmów i tekstów.
Trwa wysyłanie